Ponieważ pogoda w maju nas nie rozpieszczała (vide wyjazd w Gorce i na Rajd Nocny), chcieliśmy ją jakoś odczarować i mieliśmy szczęście.
W piątek rano pojechałem z Marcinem do Łodygowic, skąd przeasfaltowaliśmy do Biernej i poszliśmy szlakiem zielonym na skrzyżowanie pod Gronikiem (611), następnie żółtym na skrzyżowanie pod Przysłopem (629), skąd już spokojnie na najwyższy szczyt Beskidu Małego: Czupel (933). Szybki szpil na Magurkę (909), chwila w schronisku i zlot na Przełęcz Przegibek (663). Dalej niebieskim szlakiem na Gaiki (808), zmiana na Mały Szlak Beskidzki, po przejściu przez Przełęcz u Panienki i Chrobaczą Łąkę postanowiliśmy shaszczować i spotokować do Żarnówki Małej, gdzie na tamie (dla niepoznaki nazwanej „Porąbka”) czekała na nas reszta ekipy – Aga, Artur i Robert.
Niestety, przysiółek Łazki zamknięty, osuwa się, zatem asfalting do Kozubnika. Ja łapię stopa, a reszta idzie. Na ekipę czekam około pół godziny siedząc na dachu budynku basenu w Kozubniku. Gdy pojawia się reszta szukamy miejsca na namioty. Znajdujemy je trochę powyżej wieżowca Kiczora na przyjemnej polance z dostępem do wody (raczej czystej – wszyscy żyją). Leżymy na trawie do 23:30 i obserwujemy gwiazdy popijając piwo.
Sobota zaczyna się o 6:00. Powoli zbieramy się z namiotów i robimy śniadanie, by punkt 8:05 zejść ponownie do ośrodka i wrócić do przysiółka Kozubnik, skąd za pięciozłotową łapówkę pan kierowca zabiera nas do Porąbki. Tam spotykamy się z Agnieszką i Adamem. Lecimy razem na Trzonkę przez Palenicę (zielonym szlakiem), gdzie od nas odłącza się Adam. Za przełęczą Beskid Targanicki postanawiamy połazić bez szlaku, co udaje się idealnie: wychodzimy 3 minuty od Przełęczy Kocierskiej. Chwilę obserwujemy ludzi w garniturach i wracamy na szlak, tym razem nudny czerwony. Szybkim tempem dostajemy się na skrzyżowanie pod Smrekowicą. Pogoda zrobiła się niesamowita – pełne słońce i ciepło. Schodzę z Robertem po wodę do źródła Zimna Woda, przy okazji robimy obczajkę na miejsce namiotowe. Wracamy na skrzyżowanie, gdzie podejmujemy jednak decyzję, że idziemy na Leskowiec.
Rozrzucamy bety, Artur bierze się za ogień a reszta za obijanie się. Sączymy piwo, oglądamy widoczki. Żywa dusza nas nie niepokoi. Gdy zaczyna się robić zimno (a piździ strasznie – wierzchołek Leskowca nie jest osłonięty niczym od wiatru) ubieramy się i zabieramy się na pulpę. Nie jest zbyt ambitna, ale po całym dniu łażenia całkiem smaczna. Kończymy piwo, rozbijamy namioty i idziemy spać. Marcin postanawia nie rozbijać swojego i kładzie się w wiacie. Twierdził, że było mu ciepło.
Niedzielny poranek zaczyna się leniwie o 8:00. Na namiocie wyraźnie widać świecące słońce, aż chce się stać. Powoli robimy śniadanie, próbujemy wyciągnąć Agę i Artura z namiotu. O 10:00 przychodzi Grzesiu, my właśnie kończymy śniadanie. Szybko się zbieramy i zostawiamy Marcina, który idzie w drugą stronę – do Suchej Beskidzkiej. My schodzimy na żółty szlak i przez Kamień schodzimy w dół, po drodze nieco się gubiąc. To pogubienie się ratuje nam dupy, bo wyszliśmy w Kozienicach idealnie obok wiaty przystankowej.
Gdy czekaliśmy aż deszcz sobie pójdzie próbuję łapać stopa. Zatrzymuje się mała Mazda i pada z niej pytanie ilu z nas chce jechać. Pada odpowiedź, że tylko ja, więc wskakuję. Niesamowity ten stop. Najpierw podrzucili mnie do Wadowic, gdzie na dworcu PKP się przepakowywałem. Podchodzi do mnie żona kierowcy i pyta jeszcze raz gdzie jadę, oraz czy chcę jechać z nimi, bo muszą skoczyć do Barwałdu oddać syna babci i jadą do Mikołowa. Pewnie, że jadę! Sympatycznie pogadaliśmy około godzinę i bez korków dostaliśmy się do Bierunia, gdzie już odebrał mnie mój tata.



