Grupa szturmowa w składzie: Agnieszka, Agata, Asia, Adam i ja spotkała się na dworcu w Katowicach już w piątek o 16:00. Pociągiem o 16:16 ruszyliśmy do Żywca, po drodze zgarniając jeszcze Monikę i Szymona. Śmiechy-chichy, po dwóch godzinach dotarliśmy do Żywca, gdzie mieliśmy 20 minut na przesiadkę do pociągu do Zwardonia (dla nas: do Cięciny). Cały czas lekko siąpił deszcz. W czasie przesiadki część ekipy udała się do sklepu. Szymon, poproszony przez Asię o gumy, nabył (a jakże) prezerwatywy, które później posłużyły nam do zabezpieczenia upuszczonej przez Adama puszki…
Wyskoczyliśmy z pociągu w Cięcinie i zostałem przydzielony do znalezienia szlaku. Szybkie rozpoznanie i podeptaliśmy asfalt w górę. Za wszystkimi zabudowaniami we wsi wleźliśmy w końcu w las. Tutaj, niestety, z moich butów wylazła ich wodoodporność. A raczej jej brak. Dość szybko poczułem w nich wodę, mimo że już nie padało. Po około półtoragodzinnym spacerze pod górę wleźliśmy na grzbiet i poczęliśmy poszukiwania bacówki. Ponieważ wszystko musiało być przeciwko nam, poszukiwania w dzikiej mgle odbywały się stylem lawinowym: ekipa rozlazła się po całej hali i czekaliśmy aż ktoś upadnie powalon ścianą bacówki. Niestety, pierwsza część hali nie przyniosła upadku. Podjąwszy decyzję i spacerze do schroniska Słowianka natknęliśmy się wreszcie na bacówkę. Rozbiliśmy namioty i zaczęliśmy żryj-party. Zasypaliśmy około 2:00 przy dzikich śmiechach, sam nie do końca wiem z czego.
Sobotni poranek zaczął się pięknym słońcem, śniadaniem przed bacówką, oraz ciężkim rechotem z Moniki, która mając do dyspozycji kilka szerokich, złączonych ze sobą, równych desek położyła się na wielkim, ale zarąbiście nierównym lotnisku poddasza bacówki. O 11:00 skończyliśmy sprzątanie bacówki i dopasowywanie plecaków, ruszyliśmy przed siebie.
“Eeeee, do Słowianki to tak z 15 minut będzie!” powiedział Szymon. Szliśmy dwie godziny, po drodze sprawdzając jeszcze dwie bacówki (były zamknięte) oraz kilka ścieżek i szlaków. Dochodząc do schroniska zastanawialiśmy się jak bardzo zostaniemy opieprzeni przez Kubę, który szedł z ekipą sobotnią, która wystartowała z Węgierskiej Górki o 9:30, mając wg mapy 3h powinni to zrobić w 2:45 i na nas czekać. Stanęło jednak na tym, że to my czekaliśmy na nich około pół godziny.
Po drugim śniadaniu ruszyliśmy w stronę Romanki, żeby trawersem ominąć jej szczyt. Trzeba tutaj przedefiniować co prawda znaczenie trawersu. Otóż, trawers to każde łażenie poza szlakiem. Przynajmniej do takiego wniosku doszłaby niemająca nic wspólnego z górami osoba, która byłaby na tym wyjeździe. Bo tyyyyyyle mówiło się o “trawersach”, a wyszedł z tego zwykły haszczing. Nic to. Pod przewodnictwem najpierw Agaty, a potem Moniki przehaszczowaliśmy z niebieskiego szlaku pod Romanką do Sopotni Wielkiej, gdzie odłączył się od nas Kuba. Przyznał nawet Szymonowi punkt za piątkowe prowadzenie i obiecał drugi za doprowadzenie nas na Górową, co uczynił szybko i sprawnie, choć w ciężkim deszczu i haszczem.
Na Górowej dostaliśmy nieziemską fasolkę i wróciliśmy do imprezowania. Rozegrało się kilka konkursów, ale bez emocji (moim skromnym zdaniem te z zeszłorocznego Bacowania były jakieś takie… Ambitniejsze i w milszej atmosferze). Potem trochę pośpiewaliśmy i z pomocą Adama rozbiłem namiot, do którego trafiłem około 2:00. Zasnąłem momentalnie, ale około 4:00 się obudziłem (namiot był na spadzie – zjeżdżałem – oraz było kur**sko zimno), ubrałem spodnie i kolejnym elementem budzącym była dopiero Ania, około 8:00 rano. Rano na namiocie znalazłem… Śnieg. Tak, tak, bez ściemy.
Zjedliśmy śniadanie, ogrzaliśmy się, zebraliśmy namioty i wio na dół z Remikiem, który zawiózł Agatę, Zwierza i mnie na Ślůnsk. W ciągłym deszczu, oczywiście.
Aaaa… Jeszcze słowo wyjaśnienia. Tak, mogłem iść do bacówki, ale chciałem sprawdzić jak będzie zachowywał się mój namiot (mam go niedługo) w czasie ciągłego deszczu. I stwierdzam, że zachowuje się dobrze – nie przemókł. Teraz wisi w suszarni i schnie.
A deszcz pada, i pada, i pada. Podobno ma padać do jutra. Nie pamiętam majowego dnia roku 2010 bez deszczu. Płetwy czuję pod skórą…



Dzięki za słowa uznania.
Przez: jarlsg w 16/05/2010
o 9:24 PM
Zdrajca
Przez: piotr w 16/05/2010
o 9:43 PM
Oj tam, oj tam. Ja mówiłem, że nie mogę w tym terminie, to wszyscy nie mogli w innym, o!
Przez: mkarweta w 16/05/2010
o 9:49 PM